wtorek, 8 stycznia 2013
Rozdział 2
Pierwszy Francuski, czy już wspominałam, że mój nauczyciel to idiota czekający aż podejdziesz w przykrótkiej spódnicy do tablicy? Przede wszystkim, nie potrafi nauczać, myli najbardziej podstawowe rzeczy, najśmieszniejsze jest to, że mam u niego 3, a Francuskim posługuję się odkąd tylko zaczęłam mówić. Ledwo usiadłam w ławce i usłyszałam jego przebrzydły pełen jadu głos.
- Ooo, Panna Lacroix raczyła przybyć na moją lekcję, jak miło.
Czy już wspominałam jak bardzo go nienawidzę? Najbardziej mnie chyba zasmuca fakt, że jest piekielnie przystojny i co najważniejsze młody. Uwziął się na mnie od pierwszego dnia szkoły kiedy wypomniałam mu błąd, jego ego chyba nie wytrzymało to, że ktoś jest lepszy.
Za moimi plecami słyszałam tylko mlaski otworów gębowych 'królowej' szkoły Victorii.
Nigdy nie rozumiałam dlaczego wzorcem piękna jest wymalowana pusta laleczka, w miniówie i dekoltem do pępka. U nas w szkole jest tyle pięknych, naprawdę pięknych dziewczyn, które nie potrzebują spędzać każdego dnia w solarium, żeby czuć się 'fajną'.
Kiedy tak już zaczynam ze swoimi przemyśleniami, kiedyś żywot Victorii obchodził mnie tyle co zeszło roczny śnieg, miałam chłopaka którego kochałam... wróć, kocham całą sobą, w sumie nigdy formalnie ze sobą nie byliśmy, nasze relacje były tak skomplikowane, że ludzki mózg by tego nie ogarnął. Wiedzieliśmy jedno, że kochaliśmy się nawzajem, często nam nie wychodziło, ktoś zawsze musiał się wpieprzyć, ale nigdy nie traciliśmy siebie. Były ciche dni, nie trwały one za długo, zawsze jedno z nas pisało, że tęskni i wszystko wracało do stanu pierwotnego. Tylko jej udało się nas zniszczyć doszczętnie, wiem jaką satysfakcje sprawia jej moje cierpienie. Moje myśli przerywa upragniony dźwięk dzwonka, jako pierwsza wychodzę a wręczy wybiegam z sali szturchając łokciami każdego kto stanął na mojej drodze. Zatrzymuje się, widzę Ciebie z nią, okazujecie wylewnie swoją miłość na szkolnym korytarzu, faceci patrzą na Ciebie z zazdrością, kobiety z uwielbieniem. Plecak zsuwa mi się z ramion, poprawiam go, ruszam biegiem na schody, piętro po piętrze, wchodzę po drabince, ląduje na dachu. Siedzę z nogami wiszącymi za krawędzią, wyjmuje metalowe pudełeczko z kieszeni plecaka, skręcam moje magiczne lekarstwo na ludzką głupotę. Podpalam zapalniczką, zaciągam się, dym wdziera się głęboko do moich płuc. Wszystko zaczyna wydawać się odległe, wstaję kładę się na zimnym betonie patrzę w niebo, widzę gwiazdy... Zaraz, zaraz gwiazdy?! Wyciągam szybko telefon z prawej kieszeni spodni, patrzę na godzinę 22.30... Świetnie, ociągając się najbardziej jak mogłam wstałam pozbierałam swoje rzeczy i zaczęłam myśleć jak zejść z dachu, zauważyłam drzewo. 10 minut później z rozwaloną lewą dłonią, stałam przy wejściu do szkoły. Pomijając moją nużącą drogę do domu i jeszcze bardziej nużącą rozmową z mamą, po ciepłej kąpieli, w mięciutkiej piżamce wylądowałam w łóżku. Zamykam oczy a w głos w głowie szepcze "Śpij spokojnie..."
~~
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz