czwartek, 10 stycznia 2013

Rozdział 3


5.30 rozlega się dźwięk budzika w pustych ścianach ciemnego pokoju, macham ręką jakbym chciała odpędzić szepty Jareda wyśpiewującego pierwsze wersy 100 suns. Leniwie podnoszę prawą powiekę, następnie lewą, mrugam oczami patrząc na sufit. Miewacie takie momenty, że wiecie od razu, że ten dzień będzie okropny? Poczułam od razu, że nie powinnam dzisiaj wychodzić z łóżka, schowałam się pod kołdrą, licząc na to, że uda mi się zostać w ukryciu.
10.20 słońcu się chyba nie podoba mój słodki dzień lenistwa, podnoszę się z łóżka, opuszczam żaluzje i kieruje się z powrotem do mojego miejsca spoczynku. 12.00 ubrana, umyta siedzę w kuchni i jem śniadanie, w tle leci jakaś głupia kreskówka o parze bliźniaków. Cisza zaczyna mnie irytować, wrzucam miskę po płatkach do zlewu, ubieram moje czarne vansy, narzucam bordową bluzę, biorę plecak. Zahaczyłam o sklep monopolowy, zaopatrzyłam się w 0,7 czystej i paczkę marlboro. Wiedziałam dobrze gdzie iść, jak byłam mała mój ojciec zabierał mnie do lasu na obrzeżach miasta, zazwyczaj mało tam ludzi, idealna kryjówka na dzień dzisiejszy. Pomijając jakże nudną czynność dojścia i czekania na przystanku aż autobus przyjedzie, w końcu siedziałam na całkiem wygodnym krześle, rysując starszą panią siedzącą naprzeciwko w moim rysowniku. Była naprawdę fascynującą osobą, na jej twarzy widoczne zmarszczki potwierdzające ile lat musi mieć ta kobieta, po jej lekko obwisłych policzkach spływały łzy tworząc szlak z czarnym tuszem do rzęs, ubrana była w śliczną kremową sukienkę, wyglądającą jakby wyszła prosto ze ślubu, w foliowych reklamówkach miała szampana, znicze a w na krześle obok położone kwiaty, najprawdopodobniej jechała na cmentarz. Miałam ochotę usiąść obok niej i ją jakoś pocieszyć, niestety kiedy skończyłam rysunek i miałam zamiar się do niej przysiąść kobieta zebrała swoje rzeczy i wysiadła. Moje domysły okazały się słuszne przez brudną szybę widziałam jak przechodziła przez bramę cmentarza. Po 20 minutach w końcu dotarłam do celu, pełno zieleni, łąka po której ganiałam się z ojcem. Rozłożyłam koc, zdjęłam z siebie bluzę było zdecydowanie za gorąco, zostałam w samej bokserce i krótkich spodenkach. Wyjęłam butelkę wódki, odkręciłam i pociągnęłam łyka, jak zawsze wykrzywiło mi twarz, ale później przywykłam do smaku. Straciłam rachubę czasu, papieros za papierosem, łyk za łykiem, w między czasie rysowałam, zatraciłam się w tym wszystkim. Około 18 stwierdziłam, że czas się zbierać. Pozbierałam swoje rzeczy, pustą butelkę z wódką schowałam do plecaka, ruszyłam do domu na pieszo, śmieszne uczucie idąc środkiem ulicy z papierosem w dłoni, uśmiechając się za każdym dźwiękiem klaksonu, czasami zastanawiam się, czy brak lęku o swoje życie to objaw choroby psychicznej? Wybuchłam perlistym śmiechem, brak towarzystwa źle na mnie wpływa. Przechodziłam koło domu mojej przyjaciółki, słychać było odgłosy imprezy, zdziwiłam się, poczułam ukłucie w sercu pierwszy raz nic mi nie powiedziała. Wyjęłam swojego HTC z kieszeni i zobaczyłam komunikat 24 nieodebrane połączenia i 3 sms. Otworzyłam jednego z nich: "Gdzie Ty kurwa jesteś?! Pukałam do Ciebie rano, nie otwierałaś, wpadaj do mnie, starzy wyjechali na weekend". Uśmiechnęłam się do ekranu. Pobiegłam do domu, całe szczęście miałam blisko. Umalowałam się, ubrałam w czarną koszulkę na ramiączka Iron Maiden eksponującą to co powinna i krótkie czarne spodenki, wyprostowałam włosy, przejechałam po ustach czerwoną szminką. Wzięłam pieniądze, zostawiłam mamie kartkę i wyszłam. Kiedy znalazłam się pod drzwiami Naomi zawahałam się, wiedziałam, że będzie tam ON. Westchnęłam raz kozie śmierć. Był tłum znajomych, wszyscy poruszali się w rytm muzyki, pierwsze pary kierowały się na górę po schodach, Ci 'samotni' nie odchodzili od stołu z procentami, skierowałam się w ich stronę.  W towarzystwie Matta i Lukasa dwóch uroczych i przystojnych facetów, niestety homoseksualnych, czas mijał szybko, rozpili mnie trochę, kiedy próbowałam podnieść się z kanapy, obraz zawirował mi przed oczyma.
- Eeej, nic Ci nie jest? - Zobaczyłam przed twarzą lazurowe oczy Matta
- Nie, jest okej.
Ponowiłam próbę tym razem osiągając sukces. Postanowiłam poszukać Naomi, niestety bez skutku, mam nadzieję, że nie wylądowała w pokoju znowu ze swoją nową 'wielką miłością'
Przysiadłam się do dziewczyny która należała do szkolnej grupy metali, ma dziewczyna dobry gust muzyczny, więc rozmowa się wkleiła. Lily bo tak miała na imię, była naprawdę śliczną dziewczyną, czarne długie włosy splecione w warkocz, piękne brązowe oczy, idealnie wykrojone usta, lekkie piegi na nosie, jej figurę podkreślała czarna koronkowa sukienka sięgająca do połowy uda, a łydki pięknie eksponowały się przy tego samego koloru szpilkach
Po jakimś czasie Lily wstała podała mi rękę i uśmiechnęła się tajemniczo. Pociągnęła mnie za sobą w kierunku ogrodu, zaprowadziła mnie do całkiem sporej grupy powiedziała tylko.
- Jej też.
Chłopak o długich blond włosach kiwnął potwierdzająco głową, rozglądając się czy nikt nie idzie wyjął z kieszeni torebeczkę z białym proszkiem, zawartość wysypał na stolik tak żeby tworzyły linie. Lily puściła moją dłoń, uśmiechnęła się do mnie po czym pochyliła się nad stolikiem i wciągnęła, już domyśliłam się co to jest. Dziewczyna stanęła na przeciwko mnie, jej źrenice nagle zrobiły się strasznie rozszerzone, złapała moją twarz w swoje dłonie i pocałowała. Podobało mi się to, oddawałam zachłannie pieszczoty, przygryzając jej dolną wargę, nie obchodziło mnie to, że inni na to patrzyli, liczyła się chwila. W końcu się od siebie oderwałyśmy, spojrzała na mnie i powiedziała.
- Teraz Ty.
Przede mną na stoliku, leżała idealnie równa linia narkotyku, mój umysł krzyczał, żeby tego nie robiła, pochyliłam się i wciągnęłam. Wtedy po raz pierwszy spróbowałam kokainy.

2 komentarze:

  1. ej... ciekawie się zapowiada, pisz dalej jeżeli jeszcze zupełnie nie zrezygnowałaś ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. aktualnie wena uciekła, ale wróci i nie mam zamiaru rezygnować.
    Dziękuje :3

    OdpowiedzUsuń